01.03.2018

Oto story: Denis Urubko oddalił się od pozostałych uczestników narodowej, zimowej wyprawy na K2 prawdopodobnie z zamiarem podjęcia samotnej próby zdobycia szczytu – ta wiadomość zelektryzowała już nie tylko uważnych obserwatorów poczynań „lodowych wojowników”, ale całą opinię publiczną. W domach, biurach, w pociągach i w szatniach klubów fitness przez kilka dni toczyły się emocjonalne rozmowy na temat motywacji i planów Denisa Urubko: niesubordynowanego członka wyprawy i jednego z dwóch „nadludzi” w ekipie wspinaczy oblegających niezdobytą zimową K2, obdarzonego – podobnie jak Adam Bielecki – wyjątkowymi predyspozycjami do działania w ekstremalnych warunkach. Ocenialiśmy jego szanse na sukces i przeżycie, oceniliśmy jego postępek wobec kolegów. Przy panującym akurat w Polsce mrozie w  czasie tego samotnego rajdu, próbowaliśmy ogarniać wyobraźnią, co dzieje się siedem tysięcy kilometrów wyżej, kilka tysięcy kilometrów stąd.

Słowem – rozpaliła nas ta historia, opowiadana w krótkich, oficjalnych komunikatach przez kierownika wyprawy Krzysztofa Wielickiego, w bardziej nieformalnych wypowiedziach w mediach społecznościowych innych uczestników ekspedycji oraz w niezliczonych (to oczywiście tylko zabieg stylistyczny) doniesieniach medialnych. Żyjemy nią zapewne z wielu powodów – jak kontekst dokonań Polaków w himalaizmie, wyraziste postaci dawnych bohaterów i niedawne, zbyt liczne tragedie w górach wysokich.

Wyprawa – każda! – niesie jednocześnie w klasycznym ujęciu strukturę opowieści i w ujęciu dosłownym jej kluczowy element: podróż bohatera. Urubko – podobnie jak Hobbit czy Baumgartner – opuścił swój „normalny” świat i wyruszył w podróż w określonym celu. Niezależnie od rozstrzygnięcia podróż ta niesie przemianę, która magnetyzuje. Nawet, jeśli jest to przemiana raczej w warstwie interpretacji obserwatorów – jak rzekome „odkupienie win” Adama Bieleckiego po uratowaniu Elizabeth Revol, niż faktycznej transformacji.

Wyprawa w ramach programu Polskiego Himalaizmu Zimowego ma też wielką dramaturgię właściwą najlepszym opowieściom: napięcie rosnące z każdym dniem oczekiwania i z każdym wyjściem w ramach przygotowań do ataku szczytowego, zaskakujące zwroty akcji z momentami kulminacyjnymi – jak akcja ratunkowa na Nanga Parbat, liczne niebezpieczeństwa czyhające na uczestników (samoistnie spadające skały). Są w tej opowieści także archetypiczne postaci: władca – kierownik, bohater „ze skazą” – Adam Bielecki, mędrzec w osobie szefa PHZ Janusza Majera, czy wreszcie buntownik Denis Urubko. Ze względu na dynamikę działania w najwyższych górach zimą, jest też długa ekspozycja na napięcie w oczekiwaniu na rozstrzygnięcie. Choć oczywiście nie ono jest najistotniejsze, bo bohatera podziwiamy bardziej za to że próbuje, niż za to, że mu się udaje osiągnąć cel.

Sztuka storytellingu jako technika komunikacji marketingowej wymaga umiejscowienia marki w opowieści. Najczęściej opowieści są więc reklamową kreacją. Może być jednak inaczej. Lepszy w tym miejscu będzie dowód, niż wywód.

Kiedy w 2002 r. Krzysztof Wielicki prowadził wyprawę na tę samą górę, na której obecnie codziennie budzi się i zasypia, nie odniósł sportowego sukcesu. Ale sukces odniósł sponsor tamtej wyprawy, firma Netia, której marka stała się „uczestnikiem” ekspedycji, a która  sama odbywała „podróż”, której celem był giełdowy debiut. Kiedy wspinacze zwijali obóz, pokonani przez niedostępny masyw, Netia – ich towarzysz i pomocnik – opublikowała w prasie podziękowania dla herosów. Jedno zdanie zasługuje na przypomnienie: „Czasami zdobywać, znaczy więcej, niż zdobyć”. Tak jak opowiadać może znaczyć więcej, niż opowiedzieć.

Rafał Czechowski